Ładowanie strony

Lubsko - Giro d'Italia 2007 7.05-5.06 Dystans: 3651km

Dzień pierwszy

Zaczęło się! W głowie obrazy sprzed lat, z poprzednich wypraw. Staram się jechać luźno, choć to niełatwe, zwłaszcza przy czołowym wietrze i obfitych opadach deszczu. Pierwsze kilometry to wyczuwanie rowerka, który z bagażem umieszczonym na specjalnym bagażniku (to pomysł profesjonalisty, pana Antoniego, ze sklepu rowerowego WANPOL w Lubsku), prowadzi się niestabilnie, zwłaszcza przy wstawaniu w pedała. Jakby na niedomiar złego, na 60-tym kilometrze pęka szprycha w tylnym kole. Zauważam to błyskawicznie. Mam szczęście, bo okazuje się, że nie od strony zębatki. Wymiana wraz z centrowaniem koła zajmują mi około godziny. Nic to — trudne początki, aczkolwiek staram się robić swoje i równo przekręcać.

Przystanków niewiele. Podczas jednego z nich gubię zapięcie rowerowe, o czym przekonuję się dopiero kiedy nieznajomy człowiek podjeżdża w moim kierunku samochodem, pokazując mi je przez szybę. Jestem mu niezmiernie wdzięczny. Myślę sobie „na dziś dość przygód”. Przestaje padać. Prędkość oscyluje w granicach 25-28km/h. Szanuje swoje siły. Wszak przede mną olbrzymi dystans do przejechania. Będzie jeszcze okazja na rowerowe szaleństwa. Póki co spokój i jazda ekonomiczna. W jej trakcie rysuje w głowie różne scenariusze i dochodzę do wniosku, że lepiej będzie — dla własnego zdrowia — przemierzać co dzień krótsze odcinki, aniżeli pierwotnie zakładałem (po około 150km). Ponadto dzięki takiemu posunięciu, w moim miejscu docelowym, jakim jest miejscowość PINEROLO, oczekiwał będę na kolarzy z Giro zaledwie dwa dni, a nie sześć, jak wynikałoby z uprzednio przygotowanych mapek dziennego przejazdu.

Miejscem noclegowym okazuje się być pensjonat w maleńkiej miejscowości w Czechach. Bardzo sympatyczni ludzie goszczą mnie w sposób należyty. Warunki doprawdy wzorowe, a cena, jak się w przyszłości przekonam, najniższa z możliwych. Piszę kilka SMS–ów do najbliższych. Pierwsza nocka ważna. Kładę się spać około 22:00.