DZIEŃ 19. LABARTHE-INARD – ST.LARY SOULAN – LABARTHE INARD
Dystans-175km, Czas jazdy-8h25min.,
Średnia prędkość-20,80km/h, maks.-70km/h
Spoglądam na zegarek, dochodzi 13.00.Uznaje,ze moje pierwotne założenia nie mogą zostać zrealizowane i dziś już nie przemierzę Przełęczy Col du Tourmalet. Jednak nie deprymuje się tym. Najważniejsze by być tam, gdzie w 1993 roku wygrywał etap Tour de France nasz wybitny Zenon Jaskuła (pokonując tuzy światowego kolarstwa w osobach Toni Romingera i Miguel Induraina). I wreszcie około 13.15 rozpoczynam piekielną wspinaczkę na przełęcz Pla d’Adet. Podjazd długości 10km o średnim nachyleniu 8%. Pierwsze strome kilometry. Brak tchu. Osłabienie blokujące jazdę. Próby odbudowania poziomu motywacji. Tablica oznajmująca 7km do szczytu. Niemożliwe-krzyczę. Czuję się wyczerpany, tak jak po niejednej dwudziestokilometrowej wspinaczce. W połowie podjazdu poznaję kobietę z Belgii, która stojąc na poboczu drogi dopinguje swojego męża, który niebawem przejedzie tędy na szosówce. Owa Pani godzi sie zrobić mi kilka zdjęć i filmów, które z pewnością znajdą sie na mojej stronie internetowej. Właśnie przejechał Jej kolarz! Zatem ja na rower, Pani w samochód i wszyscy przed siebie-na szczyt przełęczy Pla d’Adet-1680m n.p.m. W ostatnim fragmencie trasy, na odcinku 3km góra odpuszcza. Nachylenie 7% i nogi, które lepiej pracują. Wreszcie na szczycie! Spełniony, z łezką w oku rozmyślam o swojej kształtowanej co dnia osobowości. To niebywałe, ze przypadkowy przechodzień pytający skąd jestem i jak tu dotarłem, jest w stanie wskazać mi miejsce, w którym w 1993 roku, na etapie Tour de France atakował Zenon Jaskuła, w drodze po swoje historyczne zwycięstwo. Duma mnie rozpiera. Po chwili zbliżam sie do belgijskiego małżeństwa. Rozmawiamy głównie o mnie. Temat przewodni: W jaki sposób przemierzam taki dystans w pojedynkę? Na zakończenie ciekawej rozmowy serdeczne uściski dłoni i najlepsze życzenia na dalszą podróż. Później zasiadam na ławeczce, cieszę się atmosferą i pięknem krajobrazu, który na zawsze zapamiętam. Dookoła mnie górujące skalne kolosy, zielone polany, zagajniki leśne, a pośród tego pasące się owce, dźwięcznie alarmujące o swoim istnieniu. Aura łaskawa sprawia, że mogę dostrzec wierzchołki wielu szczytów tak często oglądane w relacjach z Tour de France. Są i inni turyści. To międzynarodowe towarzystwo. Słyszę głosy włoskie, hiszpańskie, niemieckie. Czuję sie w pełni Europejczykiem. Po godzinie spędzonej w szczególnej atmosferze i scenerii pora zjeżdżać. Wszak jeszcze ponad 80km do przebycia. Zatem jadę i odtwarzam z głowy najpiękniejsze przeżycia dnia dzisiejszego. Kolejne łzy cisną mi sie na twarz. Do pensjonatu docieram około 20.00, gdzie czeka już na mnie smaczna kolacja i ciekawi ludzie, żądni moich opowieści. A doprawdy jest o czym mówić.



